wtorek, 22 czerwca 2021

Nowa praca i stare nawyki

Jestem przerażona tym, jak wiele straciłam dziś czasu, a mam ostatni zupełnie wolny dzień przed okresem pracowym. A mogłabym być w lesie: myśleć, zagadywać Boga i liczyć, że odpowie, leżeć nad rzeką, czytać tam i pisać. Mogłabym też choć sprzątać albo po prostu spacerować. Ale upał i lenistwo wystarczyły, żebym pięć godzin grała w "Don't starve".

Jutro mam zajmować się dzieckiem. Jest to zadanie trudne, bo rodzice mają wiele wymagań, w tym wymaganie codziennych spacerów. A na spacerze dziecko czasem biega i nie rozumie ciągu przyczynowo-skutkowego samochód-śmierć. Trzeba dziecku stawiać granice, a ja sobie ich nie umiem stawiać.

A co z odchudzaniem? Na razie jest przerwa w liczeniu kalorii, przerwa w tabelce. Ale staram się nie jeść wiele, co jest prostsze dzięki upałowi. Za to ruch jest utrudniony.

A metafizyka? Zgłosiłam się na Famę, może tam popotworzę trochę, może przedtem. Chciałabym się dostać i dużo pracować twórczo.

A tymczasem co czytam? Canettiego. Autobiografię jego. Ona jest doskonała dla tych, którzy nie mają motywacji do pracy umysłowej, bo pokazuje, jak wiele radości można z niej czerpać.

I co teraz? I znów dzień na straty. Chyba nie zdobędę się nawet na las, póki jest gorąco. Ale może posprzątam, pranie zrobię, mycie. Może potem las na 15 minut przed korepetycjami. Tak. Dokładnie to zrobię. Oblałam się wodą niechcący i mi chłodniej. Zatem zapiszę tu: ubrania, śmieci, naczynia, rzeczy.

No to start dnia.

wtorek, 8 czerwca 2021

Nikt nie czyta moich postów, a mnie to... cieszy

Zdawałoby się, że to oczywiste, iż kłamię. W końcu piszę publiczne posty zamiast sobie mazać długopisem w starannie wybranym zeszycie. A jednak! Wbrew pozorom bardzo trudno jest zarówno powiedzieć prawdę, jak i skłamać. Może ucieszyłby mnie jakiś miły komentarz (i zmartwił też!), może piszę to wszystko, bo jednak za tym tęsknię, ale jednak głównie... chyba... cieszę się.

Dlaczego? Dlatego, że to początki tego bloga i nie wiem jeszcze, w którą stronę on ruszy. W procesie rodzenia wolę pozostać niezauważona. Potem blog będzie już całkiem istniejący i jedynie bardziej lub mniej podatny na zmiany. A teraz niech będzie ta radosna swoboda z tylko odrobiną przyjemnego niepokoju, że a nuż ktoś tu zajrzy!

Słucham filozofów teraz tylko przypadkiem. Pracy też przestałam szukać, posłuszna swojej niefrasobliwej i trwożliwej osobowości (niefrasobliwość i trwożliwość łączą się w jedną siłę i nie pozwalają mi działać, jednak jeśli trwożliwość przeważy znacznie, zacznę szukać). 

Ale ciągle się odchudzam. Jak? Postępuję według tabelki w Excelu. Napisałam program i program działa. Teraz nie ja działam, a program, więc to nie mój wysiłek, a część programu. A jeśli wysiłek, to znacznie mniejszy.

Choć dziś większy i muszę szukać sposobu, bo nie wyspałam się przez gościa-kota, który teraz u mnie mieszka jakiś czas. Tymczasem według tabelki powinnam dziś uprawiać sport. Tymczasem jestem niestety tzw. osobą wysoko wrażliwą (choć nie lubię tych wszystkich szuflad) i niewyspanie jest dla mnie jak grypa. Po prostu padam na ryj.

Piję czarną kawę i myślę, co tu zrobić, żeby nie stracić tego dnia. Jest już 15:21. O 18 korepetycje. I rodzice, którym trzeba odpowiadać na wiadomości, a właściwie jeden rodzic, któremu trzeba coś sprawdzić. Kawa jeszcze nie działa.

Co by zrobił mędrzec? Pewnie by wyszedł na spacer o lasce, żeby odświeżyć umysł. Mędrcy chodzą z laską, bo są starzy i tylko mądrość sprawia, że nie potykają się o białe brody. Ale ja nie pójdę na razie na spacer.

Zrobię tak: posprzątam trochę, poszukam jednak prac w kolejnym miejscu i potem ewentualnie spacer. Tak, plan to program. A sport? Sport to sprzątanie, szybki spacer i potem trochę ćwiczeń na dywanie.

Mam gadać dzieciom o ekologii, a w głowie pustka

Już jutro ja, polonistka z wykształcenia i z zamiłowania, mam zrobić 15-minutową prelekcję o ekologii w szkole podstawowej. A do tego dziwni...