wtorek, 30 listopada 2021

Dziwny dzień!

Dziwny, bo piję drugą kawę, a jest po 13. Jakimś cudem zasnęłam po północy i obudziłam się przed 10. To dla mnie jakiś cud, bo na ogół choćbym umierała z niewyspania i faszerowała się lekami, choćbym rezygnowała z kawy i sztucznego światła telefonu, to i tak zasypiałam o nieprzyzwoitych porach i nie byłam w stanie zwlec się rano z łóżka. A tu coś takiego. Przedwczoraj podjęłam decyzję o zmianie nawyków i rzeczywiście zasnęłam po północy, ale obudziłam się po 4, jak po drzemce, i już więcej nie usnęłam. A wczoraj zasnęłam normalnie i dziś obudziłam się normalnie. Mój organizm nie zaprotestował. Udało się. To naprawdę niesamowita sytuacja. Śnieg pada.

A teraz mam przed sobą dzień. Po pierwsze chcę... po pierwsze to już po 14, bo rozmawiałam imieninowo z przyjacielem. Po drugie chcę zapytać dawnego właściciela mieszkania, czy spotykał jeszcze ostatnio mojego zaginionego kota. Po trzecie przygotować i przeprowadzić korepetycje. Po czwarte przełożyć inne korepetycje i jechać na spotkanie Z LUDŹMI. Spociłam się. Po piąte... głowa mnie rozbolała. Czy ja naprawdę aż tak zdziczałam? Najwyraźniej. To już się nie dziwię, czemu do tego stopnia zawaliłam pobyt wśród ludzi na tym ostatnim slamie. No w każdym razie pozostałe sprawy to zarabianie na copy lub czymś takim, oddanie głupich gwiazdek do Pepco, kupno butów zimowych i skończenie porządków. 

Ale chyba dla odprężenia zacznę od kursu "Pokonaj Swoje Długi" by Michał Szafrański. Wczoraj go zaczęłam. Chcę w końcu się oddłużyć. Może się uda.

Dziwnie się czuję, wstając TAK WCZEŚNIE (tak, mam świadomość, jak to wygląda). Wtedy czuję silną presję, żeby działać nad tym, co mnie gnębi. Nie mam wymówki. Znaczy mam dziesiątki, ale jestem wtedy i tak zawieszona między presją a lękiem. Bo to działanie jest bardzo trudne. Wręcz kosmicznie trudne. na szczęście poza nim mam po prostu obowiązki. Po prostu obowiązki bywają spoko. A szukanie dawno zaginionego kota? DRAMAT. Boję się o niego.

sobota, 27 listopada 2021

Show must go on

Bardzo lubię tę piosenkę, bo jest taka ostateczna, pełna napięcia i oddania wszystkiego jednej chwili, tej chwili na scenie, choćby sceną była pusta, nocna Warszawa (no wiem, to nie Polak śpiewa, no wiem, ale Polska słucha), a widownią - pojedyncze kropelki deszczu i czarne ptaki. Ale długie zdanie.

Dziś nucę tę piosenkę, bo za 3 godziny chcę zrobić wspaniałe show. Chcę czytać swoje wiersze tak, jak on śpiewa. Chcę się dobrze bawić, ale chcę też, żeby to była zabawa w show must go on, w ostateczność, w wyprucie flaków metafor.

Wczorajszy kurs był dość typowy, dzieciak robił swoje, to znaczy przerywał, podważał i kłócił się. A ja się wkurzyłam, byłam ostra i roztrzęsiona, choć merytoryczna, i choć nie krzyczałam. A potem drugi dzieciak dostał krwotoku z nosa. Nie wiem, o co chodzi, ale "wybuchłam" ostatnio kilka razy i raz dzieciak dostał gorączki, a teraz dzieciak dostał krwotoku. Kiedyś bym się zapętliła w jakieś dramatyczne, nadprzyrodzone obwinianie, a teraz mam to trochę gdzieś.

Show must go on. Wina mimo wszystko wślizga się między zwoje mózgowe, a YouTube puszcza mi Bohemian Rapsody. Tak, wyżyję się na scenie, wykrzyczę tę winę, napiję się piwa lub wina i wykrzyczę. Pokażę tłumowi kilkunastoosobowemu, co we mnie drzemie!

Wykrzyczę! Napisałabym coś jeszcze na ten występ, ale stres mimo wszystko mnie obezwładnia. Użyję starych tekstów i nowych emocji. Nie zamierzam wygrać, ale zamierzam wykrzyczeć swoje wnętrze!

Stres jest potężny, ale ja potrzebuję słuchaczy i mikrofonu. Będę ich nienawidzić w chwili, gdy zabiorą się za głosowanie. Głosowanie nad moim rozdzierającym krzykiem! Trudno, wszystko włożę w te pierwsze trzy minuty, żebym nie żałowała, jeśli odpadnę od razu. Będę krzyczeć. Wszyscy dostaną krwotoku albo gorączki (oby nie, bo to pewnie byłby Ten Wirus).

A tymczasem także posprzątam w domu, bo jutro mama ma mnie odwiedzić, a wszędzie leży uczulająca sierść kocia.

piątek, 26 listopada 2021

Ten sam dzień, potrzebuję więcej wsparcia od bloga

Zrobiłam wstępny plan kursu na dziś, ale nie mam jeszcze sposobu na ćwiczenia z gramatyki. Może wystarczyłoby znaleźć coś w Internecie. A może zrobić swoje. A może nie wiem. Może teleturniej taki: zadaję pytanie raz jednemu, raz drugiemu i ma 30 sekund na odpowiedź. Zbierają punkty. Rywalizacja. Super. Stworzę szereg pytań w PowerPoincie, a punkty będę zaznaczać na kartce. Tak.

A wcześniej kolejne powtórzenie i zapowiedzenie tego teleturnieju. Niech on zajmie nam dużo czasu, w końcu to cała gramatyka jeśli idzie o części mowy dla ósmej klasy! Tak. A potem liryka i Kochanowski, ile zdążymy.

Ale na myśl o tym przerywającym, chamskim.....AAAA. Trudno. Skoro AAAA, to muszę iść na jakieś wydarzenie. I pójdę. Na wystawę plakatów. Popatrzę na plakaty. Będę wśród ludzi, może nawet spotkam tam koleżankę. Hura. A jak nie tam, to gdzieś indziej. Ale pójdę GDZIEŚ.

A co z indywidualnym uczniem? Jak go zaktywizować do pisania? Z czym ma problem? Może coś wymyślę już w autobusie, a tymczasem pytania z gramatyki!

Stres zabija

No wstałam, zjadłam, jest 13:30. Niedługo mam zajęcia z ósmoklasistami. Powinnam je teraz przygotowywać, a zamiast tego pogrążam się w potwornym stresie. Muszę sobie z nim jakoś poradzić. Oddech. Jakieś pocieszające myśli.

  • To tylko 2,5 godziny, z czego tylko 1,5 godziny jest najgorsze, a i tak w trakcie jest 10 minut przerwy.
  • Wieczorem będzie po wszystkim. Będę mogła wtedy... ojej, myślę o szukaniu mojego utraconego kota. To mi stanowczo nie pomaga. Może rzeczywiście przejdę się ulicami, gdzie mieszkałam, ale chcę mieć jakiś jasny punkt na wieczór. Może... nie wiem. Nie wiem, co może być jasnym punktem na wieczór. Może wrócę do domu i... uszyję coś nieporadnego? Będę robić dalej szalo-kocyk na drutach? Posprzątam do reszty, słuchając czegoś przyjaznego, a potem wymyślę sposób na dalsze ozdabianie domku? Chciałabym się z kimś spotkać, ale moje relacje mnie przerażają. Wirusa coraz więcej, to nie wiem, czy odważę się na jakieś wydarzenie kulturalne. Ale to jest myśl, to wydarzenie. To by mnie chyba podniosło na duchu. Nie wiem. Albo spacer liryczny po Starej Pradze. Ma być deszcz ze śniegiem. Śnił mi się śnieg. Opady mnie uspokajają. Deszcz współczuje moim łzom (co za dno psedopoetyckie, ale tak właśnie czuję). Śnieg otula świat i robi się przytulnie. Tak, przewidziane opady mnie pocieszyły. Ale mój zaginiony dawno kot! Co z nim? Gdzie te leki? A może wieczorem napiszę opowiadanie, w którym ktoś będzie ze mną gadał i mnie pocieszał.
  • Dam radę przygotować te zajęcia. W zeszłym roku prowadziłam taki sam kurs. Mam mnóstwo prezentacji i kopalnię pomysłów we własnej głowie. Mogę nawet użyć samych prezentacji.
  • Czas szybko minie, jak zawsze.
  • Wystarczy zacząć i nie przestawać przez 5 minut, potem jakoś pójdzie z tymi przygotowaniami.
  • Im bliżej zajęć, tym bliżej ich końca.
  • W weekend slam poetycki i możliwe spotkanie z Asią na planszówki. Stresuję się TYM i nawet tym, ale fajnie będzie być gdzieś dla zabawy. Tak się nastawię na TO i na to! Od razu lepiej!
  • A może i kurs może być dla mnie jakimś rodzajem gry / zabawy? Takie podejście pomagało mi w różnych pracach, zawsze! Okej, to będzie gra w nauczanie. Mam teraz 45 minut, żeby wymyślić zajęcia idealne! Start!
Trochę się pocieszyłam w pewnym sensie. Zaraz zacznę te 5 minut i do przodu.

niedziela, 21 listopada 2021

Czy Bóg istnieje?

Jeśli te tytuły się gdzieś wyświetlają, to nie zdziwię się, jeśli będę mieć kilku czytelników. Przepraszam, Czytelnicy, ten post pisze osoba w czymś pomiędzy nerwicą a depresją. Wstępnie ten post miał jej pomóc zorganizować resztę dnia. Ale potem zadała sobie pytanie: czy pomoże jej Bóg? Nie w organizacji reszty dnia, ale reszty życia.

No to zacznę od organizacji dnia. Jest niedziela, 17:09, planuję jeszcze iść na mszę online, może nawet o 18, bo potem może się całkowicie załamię. Być może też ruszę w łącznie 2-godzinną podróż w dwie strony, żeby odwiedzić oddanego kota, ALE RACZEJ NIE. Raczej będę się smażyć w wyrzutach sumienia i potencjalnym zapaleniu migdałków. Skoro planuję taką uroczą patelnię, to spróbuję sobie poprawić humor na niej. Będę słuchać jakichś audiobooków albo oglądać filmy, a do tego coś tam dziergać, malować, lepić czy coś takiego. Może też posprzątam wreszcie trochę. I zrobię coś dla jednej osoby.

Już wiem, pójdę na mszę na 21:30 online, bo tam często są księża-dominikanie, którzy jeszcze potrafią sprawić, że chcę być na kazaniu, a nie wyjść ze złością. Co mnie złości? Moralizowanie patetyczne i bez zakorzenienia w zwykłym życiu oraz straszenie sądem i piekłem bez zakorzenienia w empatii i szerszym spojrzeniu na Boga. W ogóle patos mnie drażni, może to kwestia mojego pokolenia i nowszych, a może przejadłam się własnym patosem z dawnych lat.

No ale czy Bóg ma prawo istnieć? Wczoraj zajmowałam się parą dzieciaków i jak usypiały, wzięłam z półki ich rodziców książkę "Jezus Chrystus. Biografia". Zdziwiłam się, że napisał ją człowiek, który zrobił "słynny" wywiad z Benedyktem XVI i który z ateisty stał się wierzącym. W-i-e-r-z-ą-c-y-m. Jeśli to rzeczywiście on napisał tę książkę, to widać w niej spore (olbrzymie) obycie historyczne i ciekawy krytycyzm wobec wierzących nieinteresujących się do końca prawdą.

Ja się ostatnio interesuję. Znam Biblię jako tako, kiedyś bywałam na mszy codziennie, czytałam ciągle Nowy Testament, Stary też, choć mniej. Teraz podejmuję żałosne próby poznania go w całości. Słucham o Biblii, kiedy na coś trafię mądrego. Słucham o historii chrześcijaństwa. Nie mam wystarczająco dużo motywacji, żeby szukać sprawdzonych źródeł, ale szukam trochę. Słucham też krytyków Kościoła.

Temat delikatny. Nowe informacje nie zawsze pomagają w wierze. Szukam też samej wiary w modlitwie albo w słuchaniu rzeczy religijnych i czytaniu takowych. Ale mój naiwny sceptycyzm nie pozwala mi wierzyć w autentyczność doświadczenia Boga i Jego opieki nawet przez moją ulubioną św. Tereskę, która ogólnie wydaje się bardzo autentyczna.

Chciałabym wygrać Boga, jak w Lotto, czyli bez wysiłku. Trzeba uczciwie przyznać, że nie wkładam go wiele. Ale w nic go nie wkładam wiele. Może leki czy terapia coś pomogą na ten stan permanentnej bezsiły. Jestem też totalnie pozamykana na cokolwiek i kogokolwiek, więc może też na Niego.

A jeśli nawet istnieje, to kim jest? Ja Go potrzebuję, bo jestem głęboko samotna i bezsensowna. Ale czy w ogóle istnieje? Czy naprawdę mogłabym odpowiedzieć na to pytanie?

Może niech napisze tu coś za mnie. Zostawiam Mu klawiaturę.

Nic nie napisał.

Dno dna pod dnem dna poniżej den den pode dnami

Jest 16:33, niedziela, piję pierwszą kawę. Nie ma ze mną kota, oddałam kota 60-latce, która fanatycznie kocha zwierzęta i czuje się w życiu chyba podobnie, jak ja, zatem pewnie nie wytrzyma z kotem. Chętnie przyjmę znów to biedne zwierzę. Niechętnie przyjmę znów to męczące zwierzę. Dobrze, że mam tylko dwóch czytelników (drugiego znam i raczej tu sam z powrotem nie trafi, a i na pierwszego małe szanse), bo obecnie jest silna narracja, że jak zrobisz kotu coś złego, to tobie powinno się stać coś gorszego.

JA ROZUMIEM TĘ NARRACJĘ. I szanuję silne jednostki, które potrafią zadbać o coś więcej niż o zaciąganie kolejnych długów i picie pierwszej kawy po 16. Od początku miałam być domkiem tymczasowym. Polubiłam kotkę, ale z czasem stała się dla mnie nieznośna.

Moralnie mój czyn jest według mojej trzeźwej opinii tylko częściowo naganny. Odpowiedzialność rozkłada się także na poprzednich właścicieli. Ja jestem sama, oni z małym dzieckiem, więc odpowiedzialność wyrównuje się. A może nawet moja wzrasta. Cóż, że jej nie udźwignęłam. Może dlatego maleje? A może odpowiedzialność się po prostu bierze, bo tak się wybiera? A to oznacza dbałość o istotę czy sprawę.

Konsekwencją mojego niewzięcia odpowiedzialności jest ponowne zagubienie kotki i moje potworne wyrzuty sumienia.

Czy mi lepiej samej? Nie. Czy kotce lepiej beze mnie? Wątpię. Ale na dłuższą metę obie możemy na tym skorzystać, jako że ja nie mam siły na dbanie o kotkę i jako że krzyczałam na nią. Nawet behawiorysty za darmo nie umiałam załatwić, bo go zniechęciłam swoją postawą wobec kota. A początkowo był bardzo chętny do pomocy po znajomości.

Czuję się niezrozumiana przez otoczenie, które uwielbia koty. Zabawne, akurat dostałam od koleżanki wiadomość "Rozumiem". Od tej, która najbardziej zniechęcała mnie do oddania kotki. Dopiero teraz mogę płakać.

Terapia ma zacząć się już za 2 tygodnie. Ciągle mam obawy, że coś może tam pójść nie tak. Jakby tak zrobili, to niestety byliby jako szpital odpowiedzialni częściowo za moje kolejne wybory. Częściowo, bo ja mogę przecież szukać zdrowych alternatyw. Mogłabym, jakbym miała siłę.

Nie będę się nakręcać. Stop. Przede wszystkim trzeba by umówić się do psychiatry w końcu. Koniecznie. Ostatnio nakręcanie się jest już nawykiem, z którym nie umiem kończyć tak łatwo, jak wcześniej! Choć ostatnio nie.

Okej, filozoficznie sobie pogadaliśmy o moralności, odpowiedzialności i kotach. A co z chudnięciem? Nie tyję za bardzo. Ale chudnięcie idzie nijak. Fajnie, że głodu nie ma. Lęki przed głodem.

Psychiatro!!!

wtorek, 16 listopada 2021

Dna den pod dnami

Wcale że nie! Nie ma tragedii, jest rozwałka, ale nie ma tragedii. Dziś poskładało się, że mam 3 zajęć, do których muszę się przygotować. Poza tym jest wielki powrót opieki nad dziewczynką, od teraz 2 dni w tygodniu. I lepsza stawka, hurra. Zarobię w ten sposób tygodniowo 300 zł. To już coś, ta praca jest męcząca, ale każda jest, a na tę jeszcze jakoś mam siłę chyba. Resztę muszę zarobić poprzez korepetycje i copywriting. Chcę dalej copywricić. No i ruszyć wreszcie kurs dla ósmej klasy. Siło, gdzie jesteś?
A, no i z firmy, w której robię, będę teraz dostawać ok. 500 MIESIĘCZNIE. No i dobrze, bo tam wcale tak dobrze nie płacą za godzinę, przeciwnie - źle. Ale dają uczniów, ogarniają wszystko, są mili, lubię ich. No i co miesiąc coś stałego. Choć jeden uczeń stamtąd jest dla mnie tak niszczący, że jak skupiam się na tym 5 minut, to umieram. Teraz dostałam przelew na ponad 1000, ale odeszło dwóch uczniów, którzy mieli dużo zajęć u mnie. Zatem w tej chwili będę zarabiać miesięcznie 1200 + 500 + 300 za korepetycje własne, czyli 2000! To bardzo mało. Poza tym co i rusz wpada grosz za dorywcze korepetycje lub dorywcze nianiowanie, ale to razem pewnie wyjdzie maksymalnie 2400, jeśli nic więcej nie będę robić. Za tyle ledwo starczy na rachunki i ZUS, a ja uwielbiam się obżerać.
Mogłabym wykonać parę ruchów i mieć pieniądze. Ale tak bardzo nie mam siły nawet na jeden ruch! To, że wstaję, uważam za sukces fizjologiczny.
A może wcale nie byłoby tak łatwo? Co musiałabym zrobić? No właśnie jak próbuję myśleć, to przychodzi mi na myśl TAMTEN UCZEŃ i po prostu, jak pisałam wyżej, umieram. Przerywa mi na kursie, mówi, że tego przecież na pewno nie będzie na egzaminie (nie może tego wiedzieć, a ja sprawdzam wszystko w wymaganiach), gada sobie, totalnie nie zwracając na mnie uwagi. Jak doniosłam pośrednio matce, to matka na mnie pośrednio doniosła, zamiast się przejąć. Nie mam siły na jedno takie dziecko, choć cała reszta korkowa jest bardzo w porządku. Jedno takie dziecko i naprawdę tracę moc nawet na myślenie. Czuję coraz większą bezsilność i wściekłość. Nie mogę się na tym skupiać, bo naprawdę umrę.
No ale co musiałabym zrobić? Zapytać mamę innego ucznia, czy jest jeszcze zainteresowana, bo przestała do mnie się odzywać i nie odpisała ostatnio. Następnie napisać ogłoszenie, że zaczynamy kurs i czekać na zgłoszenia. Poza tym musiałabym wrócić do co copywritingu. Czego się boję? Chyba tych nowych rodziców i dzieciaków. Musiałabym też odświeżyć program kursu i przygotować się lepiej. A to się przyda też tak ogólnie.
No i wraca ten dzieciak. Nie pierwszy i nie ostatni tego typu. Bez poradzenia sobie z nim nie zajadę daleko. W ten, czy inny sposób. Czasem takim sposobem jest po prostu odejście; skoro wie lepiej, jak się prowadzi kursy, niech je sobie sam poprowadzi. Ale nie mogę odejść, bo on jest z firmy. Nie wiem, jak miałabym to zrobić. Tak trudno mi uwierzyć, że naprawdę wiele mogę, zamiast kulić się pod kołdrą!
Mogłabym też olać tę sytuację i przetrwać, bo spędzam z nim tylko półtorej godziny w tygodniu, ale tego też nie umiem. Mam wrażenie, że nie wytrzymam już ani jednych takich zajęć, jak ostatnio. Może powiem najpierw, że ja sprawdzam wszystko w aktualnych wymaganiach, a jak on wie lepiej, niech sam prowadzi zajęcia, a ja będę przerywać i mówić bez sprawdzania, że czegoś nie będzie. Powiem to ostro, bo czemu nie. Taki eksperyment, nie mam wiele do stracenia. Albo współpracuje, albo wzywamy rodzica i rozmawiamy we troje, czy te zajęcia mają sens. Tego nie powiem, już mam jakiś pogląd na matkę i nie zamierzam jej spotykać. Po prostu wyjdę i powiem, Nadii, żeby przyszła. To pewnie zrobię, ale już teraz kosztuje mnie to tak wiele, że głowa zaczyna mnie boleć.
Nie mam przez to siły (to nie wymówka, to dramat) na przygotowanie tych wszystkich zajęć. Jednak skupiłam się na tym dzieciaku, do niczego nie doszłam i tylko pogrążam się głębiej i głębiej, a jeszcze 3 dni do zajęć!
Jedyna rada dla mnie - spróbować - skoro tak - nie myśleć o tym. I przygotowywać się. A może poproszę kogoś o rozmowę, choć ludzie na ogół mówią to, co jest oczywiste. A problem leży głębiej, we mnie. A jak powiem o tym głębiej, o tym lęku, to powiedzą nadal rzeczy oczywiste. Żeby usłyszeć nieoczywiste, muszę poświęcić na to dużo czasu. Liczę na tę terapię. Ale chyba taka cotygodniowa terapia nie wystarczy, skoro teraz każdego dnia umieram. I to cotygodniowa za trzy tygodnie!
Nie umiem zdobyć się na leki, choć wydaje się to tak proste. Idziesz do psychiatry i masz. Ale mam sporo argumentów przeciw, nawet taki, że z lekami mogę nie umieć wyjaśnić terapeucie, po co mi terapia. Łatwo pokonać ten argument. Mam też taki, że leki źle wpływają na zdrowie, są skutki uboczne, głowa boli, pić się chce, mdłości się zwiększają, a ja i tak je mam. No i kij ze skutkami wyczuwalnymi przy początkach brania, ale co z tymi na dłuższą metę? To też łatwo zniszczyć, bo stres także mnie niszczy na dłuższą metę. Ale jest i trzeci, a tamte wcale nie są do końca pokonane. Z lekami nie będę podejmować do końca świadomie ważnych decyzji, a mam jedną do podjęcia. Ale bez nich też nie umiem jej podjąć. Ale jest i czwarty. Ta osoba, co do której dotyczy decyzja, też uważa, że z lekami dobrze jej nie podejmę. I załamie się, porzuci mnie może na amen.
Dno dna pod dnem dna dna. Jeśli przeżyję, to świecie - świętuj cud!

czwartek, 11 listopada 2021

Nie wiem, nie wiem, nie wiem!

 Ach, tak, może sobie wróćmy do tematyki blogowej. Nie wiem nic, jestem wyczerpana od zamartwiania się, wiec myśli płyną luźno, bez ułożenia. Paraliżuje mnie strach z różnych stron, więc mój mózg jest ściśnięty. Ale niewiedzenie. Kto powiedział, że wie, że nic nie wie? Czy to był Sokrates? A właśnie nie sprawdzę. 

Wie, że nic nie wie. Tak, to jest jakieś dno, jakieś popularne teksty filozoficzne zamiast głębi i wiedzy. Ale trudno, wobec mojego zmęczenia właśnie tym się zajmę. Jest to paradoks w tym zdaniu. Wie, że nic nie wie. To znaczy, że jednak coś wie, a zatem mówi nieprawdę. Albo tak naprawdę coś wie, albo nie wie nawet, że nie wie. 

Nie wie, że nie wie. To by było takie życiowe. Jak wielu ludzi nie wie, że nie wie czegoś. A czy ktoś może nie wiedzieć wszystkiego? Nie, nie ma czegoś takiego jak zupełna niewiedza. Można pewnie być blisko tego stanu, gdy się nagle, bez pamięci, znajdzie w ciemnym pomieszczeniu bez czucia w ciele. Ciekawe, czy wtedy pojawiłby się strach, czy spokój i zaciekawienie.

Chyba że zdefiniujemy wiedzę jako znajomość prawdy. W ogóle odrywam się totalnie od kontekstu cytatu i tylko przypadkiem się pewnie do niego zbliżam.

Wiedza jako znajomość prawdy. Wtedy wszystkie nieprawdziwe przekonania byłyby niewiedzą. Ale trudno się kłócić z tym, że wykonuję teraz czynność zgodną z definicją siedzenia. Skoro grupa ludzi zgodziła się na tę definicję, to znam prawdę - siedzę. Mogłabym teraz stworzyć jakąś prawdę. Na przykład wymyślić, że mówienie "bububububu" to bububanie. Jeśli teraz powiem "bububububu", to będę bububować.

Logika zdaje się kopalnią prawdy. Matematyka. Ale to kopalnie klaustrofobiczne, bo rzeczywistość jest inna niż idee. A może podobna, ale nie mamy wszystkich danych. I dlatego mógł prawdopodobnie Sokrates powiedzieć, że wie, że nic nie wie. Wie, że nie może nic stwierdzić na pewno, bo nie ma wszystkich danych, nie da się wyliczyć iksa. Nie znamy tych wszystkich chyba Arystotelesowskich przyczyn. Sprawczej (?), celowej (?). I każdy skazany jest na własną prawdę w sensie sensu życia.

To może być wyzwalające, a może też budzić strach. We mnie na pewno budzi strach i ja bardzo chcę, żeby Prawda istniała i była dobra dla świata spoza idei.

wtorek, 9 listopada 2021

Warstwy tworzą ciężary

Ciężary! Zacznijmy od tego, że nie chudnę, oficjalnie uznaję tytuł bloga za chwilowo fałszywy! Nie zamierzam teraz chudnąć. Przynajmniej nie fizycznie. Bo warstwy zaległości, przerażeń, błędnych kół po prostu mnie przygniatają. Mam zaległości finansowe, uczuciowe, relacjowe, twórcze, zawodowe, lecznicze, porządkowe, myślowe i kocie... Jedna warstwa nad drugą, jedna tworzy drugą, a ja pod spodem.

No po prostu boję się ruszyć, bo wszystko mi spadnie na głowę. A bałagan nadal nieziemski (ten w domu). Zawsze coś jest jeszcze do zrobienia. I zawsze okazuje się, że za dużo. GDYBYM MIAŁA PIENIĄDZE, to byłoby łatwiej. Dlaczego? Dlatego, że wówczas... w sumie... nie wiem, czy wiele by się zmieniło. Nie, stop, wiele by się zmieniło! Wówczas natychmiast terapia, a nie za miesiąc. I to taka wybrana, choćby droga. Wówczas także wyjazd nad morze albo wylot za granicę, nad ciepłe morze, ale to drugie niekoniecznie, bo jednak czułabym się zagubiona bez języka polskiego. Wówczas też spłata zadłużeń. To dużo by dało. Wówczas też jakieś bardzo długie rekolekcje w milczeniu. Kot by dostał opiekę, przełożyłabym większość zajęć, miałabym cały tydzień wolny wtedy na te rekolekcje.

Ale jestem w puncie, gdzie finansowe problemy wprawdzie zajmują mi 4/7 głowy, ale już nie wierzę, że pieniądze pomogłyby w innych aspektach.

No i nie umiem ruszyć tych warstw. Wiem, czasem wystarczy jedną odważnie ruszyć, żeby poczuć się lepiej. Ale nie odważę się. Zrobię coś innego. Co? Posprzątam. Dobre sobie. Ale tak, posprzątam. Podejmę kolejną próbę. Zacznę od prania. Dam radę, bo to najprostsze z tych wszystkich walk z potworami wokół, w środku, wszędzie.

No i jestem samotna. Dlatego piszę tutaj, zamiast z kimś rozmawiać. A jestem samotna w dużym stopniu z wyboru. Nie umiem już / jeszcze być w tych relacjach, które MIAŁAM, a nie wierzę w powodzenie relacji NOWYCH, więc się nawet nie staram za bardzo. Zostało kilka osób, a właściwie dwie. Moja siostra i mama dziewczynki, którą się zajmuję. Przy nich mniej więcej odważam się mówić o sobie. Jest też mój odseparowany mężczyzna i podczas rozmów z nim tez jestem bardzo otwarta, ale towarzyszy temu tak ogromny chaos, że nie mogę wytrzymać. Ale mogę, jestem w tym. Potrzebuję go.

czwartek, 4 listopada 2021

Nauczycielska robota to męczarnia

Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której uczniowie dosłownie piszczą ze zmęczenia, a nauczyciel nienawidzi piskliwych dźwięków? Normalnie bym założyła stopery do uszu i słuchawki, ale nie mogę. Muszę tego piszczącego ze zmęczenia ucznia zmusić jakimś sposobem do wchłonięcia choć minimalnej dawki wiedzy. A jak tym uczniem jest totalnie wyczerpany obcokrajowiec, który musi przygotować się do sprawdzianu z "Dziadów II", to przecież uczeń i nauczyciel umrą w tym boju.

My prawie umarliśmy, ale jeszcze żyjemy. To mi się skojarzyło z młodszym bratem obcokrajowca, który musi uczyć się historii Polski (a powtarzać to ze mną). Jego ojczyzna to Dania, a jego odpowiedzią na naukę historii jest pisk i gwizd.

Nie znoszę gwizdów. Wdzierają mi się do głowy jak wiertełka. Zagroziłam, że poskarżę się jego mamie. Obiecał, że przestanie. Ale ja chyba rzucę tę robotę. 

No i teraz powinnam robić robotę copywriterki, ale zamiast tego pójdę do sklepu po alkohol i zrobię sobie kąpiel. W takich chwilach lubię dorosłość. A może potem pomyślę nad innymi sposobami zarabiania, niż copywriting. A może pójdę spać.

Sukces mimochodem przychodzi

Ile można się nauczyć na własnych korepetycjach! Mam taki zwyczaj z tym moim uczniem, który mniej chyba mnie już lubi, że piszemy równolegle jakieś opowiadania, listy czy coś w ten deseń, a potem pokazujemy to sobie i ja sprawdzam jego pracę. I zawsze okazywało się, że moja twórczość jest dłuższa, bo po prostu pisanie to całe moje życie i nie sprawia mi najmniejszego problemu bardzo długi słowopotok. Nawet, jak się starałam, to wychodziło przynajmniej o połowę dłużej.

Dlatego dziś napisałam opowiadanie w 3 minuty lub mniej, dbając o to, żeby natychmiast przejść do sedna, żeby skompresować wydarzenia. A to zawsze był mój problem, że byłam zbyt rozwlekła. I udało się. Miałam opowiadanie na 122 słowa, a wtedy Julek powiedział, że ma na razie 43. Na szczęście nie spytał, ile ja mam. Dlatego szybko skróciłam moje opowiadanie o niepotrzebne elementy. Usunęłam zbędne informacje, które nie popychały krótkiej akcji do przodu. Usunęłam też opisy stanów wewnętrznych czy motywacji bohaterów i skróciłam do minimum opisy wyglądu. Zostało chyba około 80 słów. Julek powiedział, że ma więcej, więc dopisałam zabawne zakończenie. I sukces! Ostatecznie miałam opowiadanie o 4 słowa krótsze od Julkowego, a on otrzymał niezbędne wsparcie dla ego!

I tym sposobem przez 15 minut nauczyłam się mimochodem więcej, niż przez 20 lat.

Została godzina i 19 minut

Potem zaczynam korepetycje z uczniem, który mnie lubił do czasu, aż zaczęłam być nudna i wymagająca. A przecież ja też nie lubię prowadzić takich zajęć. Ja też wolę chwalić, niż krytykować. Trudno się na to zdobyć, gdy w środku i za oknem jest szaro, a w środku jeszcze są ruchome piaski, które się zapadają pod każdą normalną i miłą myślą. A może bagna, które jeszcze wydzielają nieprzyjemne opary.

No, ale czas zacząć. Skoro nie umiem nic zrobić bez tego bloga, to na tym blogu będę stopniowo realizować mój plan. To mi pomoże. Zatem najpierw ubiorę się. Zrobione. To teraz wyniosę z domu wszystkie śmieci. Zrobione, a przy okazji odkryłam, że mimo szarości jest bardzo ciepło! Dlatego po paru kolejnych punktach pójdę na 15-30 minut do lasu i tam pomyślę nad korepetycjami. Kocham lasy.

To teraz punkt kolejny - poznoszę naczynia do kuchni, pochowam suche i czyste i pomyję część brudnych. Zrobione o dziwo. To teraz prędko ułożę część ubrań przy pralce lub w szafie i spacer. Dzięki, blog.

Szary dzień żywota mojego

Mam ochotę pisać tylko o tym: życie jest krótkie, ja je marnuję, pogrążając się w długach, przyjemnościach i chaosie. Za oknem szary dzień. W ogródku rdzewieje mój dobry rower, nie zadbałam o niego, choć nie byłoby to trudne. Nie jest łatwo mieć dobry rower, trzeba na to pieniędze. A ja marnuję rower i pieniądze. Rzeczy, relacje, czas. Ale żyję. Było już lepiej, może znów będzie.
Dziś tak się składa, że mam tylko 2 h 15 min korepetycji. Potrzeba sporo przygotowań na jedne z nich, a na drugie kreatywności i być może obejrzenia filmu o bardzo fajnym gigancie. Zostało niewiele czasu. Może obejrzę fragmenty, a poza tym posprzątam bardziej. Porządek. Sprzątam, żeby za chwilę rzucać wokół śmieciami, naczyniami i ubraniami. Mam na biurku-stole 5 woreczków ze śmieciami i nie wyrzucam ich. Już nie mogę ze sobą wytrzymać.
Ale wystarczy parę decyzji, bo na zewnątrz nie jest teraz aż tak trudno. Parę decyzji i może być miodzio. Piękne słowo, ble. Parę decyzji - porządek zewnętrzny, dobre przygotowanie zajęć, no i wielki powrót do copywritingu. Odblokowałam lepiej płatne zlecenia, pora się wykazać.
Kiedyś na forum poetyckim nagle przyjęto mnie do grupy doświadczonych poetów i z podekscytowania i lęku natychmiast zamieściłam tam mój świeży, kiepski wiersz. I zostałam wyrzucona z tej grupy. Swoją drogą głupio to rozwiązali.
To się nie musi powtórzyć. Tak, boję się, że coś schrzanię, ale copywriting nie jest bardzo trudny, to nie poezja. Poezja pisana na siłę jest trudna, copywriting to jak wypracowanie, mail, praca na temat. Dam radę!

wtorek, 2 listopada 2021

Nieznany Norwid i klęski żywotów naszych. A poza tym nie schudłam.

Taki tytuł zobowiązuje, nie chcę w końcu zawieść mojego Jedynego, Nieznanego Czytelnika, który był tu raz. Zatem Norwid. Jego poezja jest trudna i słabo ją znam. Oczywiście parę prostszych utworów kojarzę dobrze, nawet trochę mogę powiedzieć z pamięci. Życiorys Norwida pamiętam piąte przez dziesiąte. Wiem, że umarł zapomniany, a potem odkopanie go z zapomnienia obrosło legendą. Zmartwychwstał dla czytelników, jakby spełniały się jego idee o zmartwychwstaniu po trudzie. Przetrwało piękno, wrażliwość i mądrość. Uwielbiam jego utwór o piórze ("Pióro") i podoba mi się dramatyzm i wizjonerstwo "Pieśni od ziemi naszej". 

Tak, Norwid nie żyje. I w ogóle wiele osób nie żyje (ktoś to pewnie ogólnie wyliczył, musi ich być niewyobrażalnie wiele). Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że jest 2.11, czyli dzień wspominania zmarłych. Moi dziadkowie nie żyją, jednego nawet nie poznałam. Moja dalsza ciocia nie żyje. Drugi mąż babci nie żyje. Mój słabo znany wujek nie żyje. Mam to szczęście, że obie babcie mają się dość dobrze. Umarło sporo ludzi na wojnach albo jeszcze bardziej bezsensownie, przez jakiś kretyńskie przypadek, niedopatrzenie, jak ostatnio, gdy na planie filmowym okazało się, że pistolet był prawdziwy i miał amunicję.

I jakbym ja dzisiaj umarła, to bym nie była prędko zapomniana, mam rodzinę, jestem stosunkowo młoda (29 lat), moja śmierć byłaby zbyt dużym szokiem, żeby szybko o niej zapomnieć. Kilka osób cierpiałoby bardzo, wiem o tym, bo nawet ja, średnio-uczuciowa istota, drżę na myśl o śmierci bliskich ludzi. Ale jak nie dziś, to jutro, pojutrze albo za 50 lat.

No i dla mnie moja śmierć dziś, moje umieranie dziś w trakcie umierania byłoby prawdopodobnie przepełnione poczuciem klęski. Żyję marnie, liczę na przyszłą terapię i leki, ale żyję marnie w tym oczekiwaniu i w lęku, że nie ma leku na beznadzieję i brak działań. Zbyt wiele osób krzywdzę, zbyt mało osób dzięki mnie doświadcza dobra i staje się lepsze.

Klęski żywotów naszych. Żywota mojego. Aż niestosowne wydaje się tu nadmienienie o odchudzaniu, ale wpasowuje się w temat. Zważyłam się wreszcie; nie schudłam, a może nawet przyjęłam pół kilo.

Mam gadać dzieciom o ekologii, a w głowie pustka

Już jutro ja, polonistka z wykształcenia i z zamiłowania, mam zrobić 15-minutową prelekcję o ekologii w szkole podstawowej. A do tego dziwni...