A, no i z firmy, w której robię, będę teraz dostawać ok. 500 MIESIĘCZNIE. No i dobrze, bo tam wcale tak dobrze nie płacą za godzinę, przeciwnie - źle. Ale dają uczniów, ogarniają wszystko, są mili, lubię ich. No i co miesiąc coś stałego. Choć jeden uczeń stamtąd jest dla mnie tak niszczący, że jak skupiam się na tym 5 minut, to umieram. Teraz dostałam przelew na ponad 1000, ale odeszło dwóch uczniów, którzy mieli dużo zajęć u mnie. Zatem w tej chwili będę zarabiać miesięcznie 1200 + 500 + 300 za korepetycje własne, czyli 2000! To bardzo mało. Poza tym co i rusz wpada grosz za dorywcze korepetycje lub dorywcze nianiowanie, ale to razem pewnie wyjdzie maksymalnie 2400, jeśli nic więcej nie będę robić. Za tyle ledwo starczy na rachunki i ZUS, a ja uwielbiam się obżerać.
Mogłabym wykonać parę ruchów i mieć pieniądze. Ale tak bardzo nie mam siły nawet na jeden ruch! To, że wstaję, uważam za sukces fizjologiczny.
A może wcale nie byłoby tak łatwo? Co musiałabym zrobić? No właśnie jak próbuję myśleć, to przychodzi mi na myśl TAMTEN UCZEŃ i po prostu, jak pisałam wyżej, umieram. Przerywa mi na kursie, mówi, że tego przecież na pewno nie będzie na egzaminie (nie może tego wiedzieć, a ja sprawdzam wszystko w wymaganiach), gada sobie, totalnie nie zwracając na mnie uwagi. Jak doniosłam pośrednio matce, to matka na mnie pośrednio doniosła, zamiast się przejąć. Nie mam siły na jedno takie dziecko, choć cała reszta korkowa jest bardzo w porządku. Jedno takie dziecko i naprawdę tracę moc nawet na myślenie. Czuję coraz większą bezsilność i wściekłość. Nie mogę się na tym skupiać, bo naprawdę umrę.
No ale co musiałabym zrobić? Zapytać mamę innego ucznia, czy jest jeszcze zainteresowana, bo przestała do mnie się odzywać i nie odpisała ostatnio. Następnie napisać ogłoszenie, że zaczynamy kurs i czekać na zgłoszenia. Poza tym musiałabym wrócić do co copywritingu. Czego się boję? Chyba tych nowych rodziców i dzieciaków. Musiałabym też odświeżyć program kursu i przygotować się lepiej. A to się przyda też tak ogólnie.
No i wraca ten dzieciak. Nie pierwszy i nie ostatni tego typu. Bez poradzenia sobie z nim nie zajadę daleko. W ten, czy inny sposób. Czasem takim sposobem jest po prostu odejście; skoro wie lepiej, jak się prowadzi kursy, niech je sobie sam poprowadzi. Ale nie mogę odejść, bo on jest z firmy. Nie wiem, jak miałabym to zrobić. Tak trudno mi uwierzyć, że naprawdę wiele mogę, zamiast kulić się pod kołdrą!
Mogłabym też olać tę sytuację i przetrwać, bo spędzam z nim tylko półtorej godziny w tygodniu, ale tego też nie umiem. Mam wrażenie, że nie wytrzymam już ani jednych takich zajęć, jak ostatnio. Może powiem najpierw, że ja sprawdzam wszystko w aktualnych wymaganiach, a jak on wie lepiej, niech sam prowadzi zajęcia, a ja będę przerywać i mówić bez sprawdzania, że czegoś nie będzie. Powiem to ostro, bo czemu nie. Taki eksperyment, nie mam wiele do stracenia. Albo współpracuje, albo wzywamy rodzica i rozmawiamy we troje, czy te zajęcia mają sens. Tego nie powiem, już mam jakiś pogląd na matkę i nie zamierzam jej spotykać. Po prostu wyjdę i powiem, Nadii, żeby przyszła. To pewnie zrobię, ale już teraz kosztuje mnie to tak wiele, że głowa zaczyna mnie boleć.
Nie mam przez to siły (to nie wymówka, to dramat) na przygotowanie tych wszystkich zajęć. Jednak skupiłam się na tym dzieciaku, do niczego nie doszłam i tylko pogrążam się głębiej i głębiej, a jeszcze 3 dni do zajęć!
Jedyna rada dla mnie - spróbować - skoro tak - nie myśleć o tym. I przygotowywać się. A może poproszę kogoś o rozmowę, choć ludzie na ogół mówią to, co jest oczywiste. A problem leży głębiej, we mnie. A jak powiem o tym głębiej, o tym lęku, to powiedzą nadal rzeczy oczywiste. Żeby usłyszeć nieoczywiste, muszę poświęcić na to dużo czasu. Liczę na tę terapię. Ale chyba taka cotygodniowa terapia nie wystarczy, skoro teraz każdego dnia umieram. I to cotygodniowa za trzy tygodnie!
Nie umiem zdobyć się na leki, choć wydaje się to tak proste. Idziesz do psychiatry i masz. Ale mam sporo argumentów przeciw, nawet taki, że z lekami mogę nie umieć wyjaśnić terapeucie, po co mi terapia. Łatwo pokonać ten argument. Mam też taki, że leki źle wpływają na zdrowie, są skutki uboczne, głowa boli, pić się chce, mdłości się zwiększają, a ja i tak je mam. No i kij ze skutkami wyczuwalnymi przy początkach brania, ale co z tymi na dłuższą metę? To też łatwo zniszczyć, bo stres także mnie niszczy na dłuższą metę. Ale jest i trzeci, a tamte wcale nie są do końca pokonane. Z lekami nie będę podejmować do końca świadomie ważnych decyzji, a mam jedną do podjęcia. Ale bez nich też nie umiem jej podjąć. Ale jest i czwarty. Ta osoba, co do której dotyczy decyzja, też uważa, że z lekami dobrze jej nie podejmę. I załamie się, porzuci mnie może na amen.
Dno dna pod dnem dna dna. Jeśli przeżyję, to świecie - świętuj cud!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz