wtorek, 21 grudnia 2021

Nagle jest mnóstwo pracy, także dzisiaj!

Długo było mało pracy, zero leków i dużo długów, smutku, bezładu, bezsiły i beznadziei. A teraz jest dużo pracy, leki (przypomniało mi się, że dziś nie brałam! Wzięłam natychmiast) i stres. Ale i spokój. Odkryłam, że leki działają dzięki jednemu łatwemu do zbadania obszarowi. Otóż gram na telefonie w Ludo, czyli w takiego chińczyka online. I tam jak kogoś zbijałam (!), jak ktoś mnie zbijał, jak ktoś mnie popędzał, jak ktoś popędzał kogoś innego (!), jak ktoś wysyłał emotki śmiechu lub złości, to ja się BARDZO DENERWOWAŁAM. Chociaż nawet tam nie ma mojego zdjęcia, tylko obrazek kobiety i nick. A teraz zamiast złości czuję w jej miejsce spokój. Są też nerwy, ale ogólnie taki niezwykły, niewypracowany, zaskakujący SPOKÓJ. Taki połączony z pogodą ducha.

A co było wczoraj? Wczoraj opiekowałam się dziewczynką. Ostatnia godzina polegała na tym, że dziewczynka ryczała, wrzeszczała, rozbijała się po pomieszczeniach, darła, piszczała. Niemal bez żadnej przerwy. Nie tylko przy mnie, ale też na górze przy rodzicach. Gryzłam się tym, że to moja wina (i nadal się gryzę!), złościłam się, współczułam jej, bo aż się dławiła od łez i była blada i potargana. Potem odreagowałam to przy chipsach, piwie bezalkoholowym, ciastkach, Ince karmelowej i ponad 6 godzinach gry "Don't starve", i słuchaniu Jolki Szymańskiej i Okuniewskiej bez przerwy. Bałam się pretensji taty dziewczynki, miałam w głowie przez chwilę nadal te wrzaski, ale NIC POZA TYM. Nawet mimo tego, że tuż po wyjściu w mojej firmie dano mi nowego ucznia w dniu, który i tak jest męczący i przeładowany jak na mnie. To wszystko chyba oznacza, że leki działają.

Dziś za to od rana jestem bombardowana smsami od przejętej matki nowego ucznia. Po prostu ma milion wymagań, ustaleń, próśb o rozmowę, pytań... jeszcze nigdy nie było aż tak. To wszystko sprawia, że boję się tej pierwszej godziny z tym chłopakiem. Tak, boję się naprawdę, bo mimo wszystko nie mam siły spełniać tych wszystkich wymagań pod tak wielką presją. Ale spróbuję to rozłożyć w czasie i robić swoje. Na razie ogólnie o rozprawce i opowiadaniu, a lektury na święta podam do czwartku, jak to przemyślę. Taki jest plan. Ale to przejęcie i presja matki są tak wielkie, że nawet mimo różnych zrozumiałych czynników są według mnie ZNACZNIE ponad wszelkie normy. I stres jest duży mój. Stres, strach i złość.

A poza tym godzinka z czwartoklasistą za godzinkę. Co na niej przerobimy? To się okaże. Ale muszę mieć w zanadrzu jakieś lekkie zabawy okołonaukowe, bo ten chłopiec po prostu zaczyna mnie ignorować, jak się nudzi. Mój stres i strach rosną teraz w ogromnym tempie. Poza tym godzina dziś z Karolem, którego lubię, ale który ostatnio całą godzinę grał albo pisał z kolegami. Miałabym to gdzieś, póki daje mi choć 15 % uwagi, ale to stukanie było potwornie głośne i w żaden sposób nie mogłam go skłonić do zaprzestania.

Czyli trzeba mi: gier dla 10-latka, spokoju dla nowego dzieciora i planu na wyciszanie Karola bez litości, w razie powtórki tego zachowania. A poza tym zrobię z nim egzamin, bo nie chce mi się nic szykować. Będzie musiał pisać odpowiedzi na czacie, mam to gdzieś. Znaczy nie mam, ale nie umiem pracować, gdy cały czas słyszę stuki głośniejsze od słów. Wcześniej pewnie też tak robił, ale nie było stuków aż w takim natężeniu.

A teraz pocieszenie, o ile można tak to nazwać. Jutro 6 godzin z dziewczynką, a w tym robienie ozdób świątecznych z jej mamą, którą bardzo lubię. Potem może sprawy na mieście, a potem korki godzinne. Pojutrze tylko trzy godziny z dziewczynką i 2 godziny korków, i robienie sałatek. Dziś jest największy luz. Zaraz koniec luzu. Ale w piątek NIC, tylko DWIE WIGILIE w Olsztynie. Potem weekend w Olsztynie. Potem poniedziałek w Olsztynie. I SPOKO, ale tam będą ludzie. I tata, który po prostu chce mówić tylko o leczeniu i nieleczeniu chorób. Zatem odpocznę, jeśli znajdę tam czas na bycie samą ze sobą. Albo sama i z Anią. Spacery mogą nas ocalić. Mnie ocalić.

wtorek, 14 grudnia 2021

Wykorzystywanie chorych i powrót filozofii na filozoficznego bloga

Jest 14:12, 14.12, koszmar zadłużenia i szósty dzień leków (jutro zwiększenie dawki). Na szczęście staram się stosować do rad Michała Szafrańskiego i bardzo ograniczać wydatki. NA PRZYKŁAD WCZORAJ. Miałam dzień po brzegi wypełniony pracami, bo musiałam wstać po 8 (!!!!), a mogłam położyć się dopiero po 2. A mimo to kupiłam tylko 2 czekoladowe kawy z automatu i jedną wodę z Żabki. Rano udało mi się przygotować jedzenie na cały dzień. A WIECZOREM padałam już na pysk i miałam ochotę na jakieś ciepłe jedzenie, ale nie zamówiłam kebaba, tylko zrobiłam sobie danie na bazie fasolki z puszki i surówkę. Jestem z siebie dumna. No i w ten sposób stać mnie na czynsz i opłaciłam już ZUS. Ale nie stać mnie na inne opłaty, a one są już jutro i pojutrze. Ale jutro i pojutrze mam kolejne prace, więc jest jakaś nędzna szansa, że przetrwam bez kolejnej pożyczki. 

A wykorzystywanie chorych? Mój odseparowany mężczyzna jest chory i niewyspany, a mimo to poprosiłam go o zdjęcia podręcznika, który wczoraj dla mnie wypożyczył. A potem okazały się niewyraźne, więc poprosiłam jeszcze, żeby wysłał je na maila, a nie na Messengera. Czuję się z tym okropnie. Mogłabym pojechać po ten podręcznik, ale wczoraj przemarzłam i mnie też coś łapie. Ale porozmawialiśmy właśnie i wszystko jest w porządku.

A filozofia? Wczoraj miałam okazję wziąć udział w "Kronosie" (zapłacili natychmiast, to niesamowite i wspaniałe!). Były nagrywane odcinki o gościnności i o świętości, a ja byłam jako studentka, choć już skończyłam studia. I zadawałam pytania z "widowni". Odcinek o świętości był niezwykły. Czterech gości i prowadzący. Goście: staruszek posiwiały i z brodą, wypełniony po brzegi tradycyjnym chrześcijaństwem, ale i wiedzą na temat sacrum, wielki mężczyzna w sile wieku wyglądający na Amerykanina, osadzony w życiu jak policjant, rozprawiający o sacrum tak, jakby dotyczyło po prostu bycia dzielnym obywatelem... i TYCH DWÓCH. Ci dwaj: okularnicy z nieco dłuższą fryzurą, siedzący po przeciwnych stronach. Jeden młodszy, z rumianym obliczem, uduchowiony filozoficznie. Drugi posiwiały, jakby wysuszony, jakby dźwigający ciężar - ateista, który długo szukał Boga w ludziach. Ich dyskusja była najlepsza, z prowadzącym pośrodku, który dbał jednak, aby program nie był o istnieniu Boga, ale o świętych i świętości. Patrzyłam na dwóch okularników jak zaczarowana, uwielbiałam ich, tę chwilę, tę dyskusję. Chciałabym zadawać im pytania (prawdziwe, nie nauczone), mieszkać z nimi, śledzić ich, prześladować (lubię swoje poczucie humoru, a Wy, Nieistniejący?) chodzić do nich na zajęcia, słuchać i gadać!!!

A prowadzący lubi Rosję i duchowość, ale jest jak diabeł, który podgrzewa atmosferę i kłuje ludzi, żeby z nich wydobyć krzyk prawdy. Nie lubię go ogólnie, ale podziwiam. Tak, ten odcinek był tak wspaniały, że w wannie wyłączyłam youtube, żeby pogadać jeszcze sama ze sobą o tym, co się tam działo. Rumiany filozof powiedział, że wielokrotnie doświadczył świętości, ale problem jest z pamięcią, w której zacierają się tego typu doświadczenia. Wysuszony od prawdy filozof, filozof idący przez pustynię mówił, że długo szukał w ludziach transcendencji, którą rozumiał jako zdolność do wielkiej metanoi, do podjęcia wysiłku przemiany, ale nie znajdował jej. Sugerował też, że choć kierkegaardowskie ryzyko wiary jest ryzykiem, to jednak na horyzoncie jest nagroda zbawienia, a trudniej jest być świętym bez Boga, jak w "Dżumie". BOŻE! Co się tam działo! Uwielbiam te rozważania, te nawiązania, czuję to, o czym oni mówili, bo właśnie to zawsze wychwytywałam ze wszystkich filozoficznych zajęć. Był zatem i Platon, i Sokrates. I Rudolf Otto, którego akurat nie znam, choć nawiązałam do niego w swoim wyuczonym pytaniu.

Miałam wrażenie, że prowadzący wyczuł moją fascynację okularnikami (pewnie sobie wmawiam) i powiedział na głos ich imiona i nazwiska (tylko ich) (na pewno sobie wmawiam, bo czemu miałby myśleć o mnie, a nie o tysiącach widzów?), ale zapomniałam, co to były za nazwiska. Nic straconego, w końcu odcinek pojawi się kiedyś w telewizji i internecie. Ciekawe, co z niego zostanie po okrojeniu o ponad połowę.

Rumiany filozof mówił o filozofii zstępującej na świat w postaci Jezusa, a prowadzący skomentował "osobliwe widzenie filozofii", a ja parsknęłam niepowstrzymanym śmiechem. A potem ten filozof się jąkał. Pochlebiam sobie, że miałam na to jakiś wpływ, choć i wyrzucam to sobie. A potem jakby do mnie mówił (bo patrzył na mnie), że celem filozofii jest właśnie znalezienie Boga.

piątek, 10 grudnia 2021

Biorę już leki

Tak, zaczęłam brać leki. Na razie nie działają, bo to dopiero drugi dzień na bardzo małej dawce. Jestem absolutnie ponura. Próbowałam się uśmiechać i zajrzałam do lustra. Wyglądałam, jakbym miała się rozpłakać.

Zaraz wypiję kawę z kardamonem, cynamonem i kakao. Jednocześnie wrócę do jakże potrzebnego kursu "Pokonaj swoje długi", przesłucham końcówkę "Pana Tadeusza", napiszę artykuł copywriterski (lub dwa, trzy? Bo temat wreszcie piękny - książki) i przygotuję dzisiejsze zajęcia.

A jeśli leki nie zadziałają? Powinnam jeszcze umówić się na kolejną wizytę do pani psycholog. Od tego może zacznę, bo to mnie najmocniej przeraża.

wtorek, 7 grudnia 2021

JUTRO TERAPIA I PSYCHIATRA

Tak, to jutro. A ja co? Ja nerwowo łażę po domu. Tak się złożyło, ze dziś mam 3 uczniów, w tym dwóch nowych, a do tego pierwszy dzień okresu po pierwszej nocy okresu, kiedy to z bólu obudziłam się i nie mogłam zasnąć, dopóki nie wzięłam drugiej tabletki!

Ale i tak jestem dość wyspana i dość zadowolona. Już po pierwszym bachorze, jeszcze para dzieciorów. A jutro muszę osiągnąć wyżyny logistycznej perfekcji, bo między psychologiem klinicznym kierującym na terapię a psychiatrą jest za mało czasu, żeby spokojnie dojechać. A wcześniej jeszcze dwie godziny z dziewczynką.

Czy doszła kasa od dziewczynki? Czy przeżyję ten miesiąc bez zaciągania kolejnych długów W BANKU? Mam/będę mieć ile kasy? 1400 + 200 + 400 + 80 = 2080 zł. A ile trzeba wybulić? 1300 + 650 + 510 + może 400. Czyli zabraknie mi 500-900 zł. A, jeszcze 100. To 600-1000 zł. Zrobiło mi się gorąco. Dobrze, że jutro terapia i psychiatra. Moje życie ostatnio to jeden, wielki kredyt.

Jak o tym myślę, to nie mam siły nawet na pracę nad tym, co jest pewne do zarobienia. Chyba jedyną opcją jest kolejna pożyczka, której mogą mi nawet nie udzielić. A może by tak zamknąć oczy i zniknąć na niby? Oczywiście mogę robić copywriting, ale nie z banią rozwaloną od strachu.

Było dobrze, dopóki nie zetknęłam się z prawdą. W sumie nie ma już szans na zarobienie 600 zł. Nie mam innej opcji, biorę kolejną pożyczkę. Ale dopiero dziś po wszystkich korkach. A może mam szansę? Czwartek mam w większości wolny, może zrobię sobie copywriterski czwartek? Stresuje mnie życie na minusie, a na sztucznym plusie robię się leniwa, co za nędzne błędne koło. Upiłabym się (prawie serio), gdyby nie okres, bo nie chcę mieszać tabletek przeciwbólowych z alkoholem.

Oszukuję sama siebie i innych. Nie umiem żyć. 

Mogłabym zrobić sobie takie zadanie - nie brać kolejnej pożyczki. Sprzedać co się da, odebrać dług od osoby u mnie zadłużonej (jeśli się da), zrobić sobie copywriterski czwartek, odwlec moment spłaty czynszu... Nagle mnie olśnilo coś, co powinno być oczywiste. Nie będę teraz brać pożyczki. Wezmę dopiero wtedy, gdy nie uda się inaczej. To w panice chciałam ją brać DZIŚ ZARAZ.

Mogę też zrobić sobie copywriterską sobotę. 

Jeszcze poczekam. Chciałabym wsparcia kogoś NIEOCENIAJĄCEGO i mądrego, kto by ze mną wszystko rozpisał. Ale ja mogę być taką osobą. Tylko potrzebuję po prostu wsparcia. Po prostu poczucia, że nie jestem sama. Skąd to brać? Nie, to za mało. Pytanie, czy ten psycholog jutro okaże się w porządku. Boję się bardzo.

Nie umiem sprzedawać rzeczy. Ludzie chcą takie tanie rzeczy, a mój stres związany z rozmowami z ludźmi jest bardziej męczący, niż jakaś praca. No nie mogę. Ale spokojnie. W ostateczności ta pożyczka. Nie mam siły pracować i jestem ciągle przerażona, więc chyba tylko leki, terapia i powolna droga do wolności.

A może zacznę wreszcie kurs dla ósmej klasy? W końcu jestem pod ścianą. Nie mam już miejsca w planie. Mogłaby być sobota, ale sobota miała być wolna. Ale nie musi być wolna, może być zajęta jeszcze przez parę miesięcy, w mojej sytuacji. Może sobota o 13, kurs u mnie. A jak okaże się, że za mało chętnych na stacjonarne zajęcia, to dopiero wtedy online. Bo online jest trudne. Czemu? Bo nie... a może właśnie online?

Ale wtedy jest ten uczeń, który mnie już zna i dużo gada. Nie chcę go łączyć z całą grupą. Jemu mogę robić osobny kurs w starej cenie. Stara cena! Typowa nieasertywna ja, która zarabia 25% mniej niż 95 % osób na jej miejscu! Tak, 13 w sobotę, zajęcia online. Tak zrobię. Tak, postanowione. Chcę 4-5 osób, cena będzie stosunkowo niska, ale tym razem będzie to uzasadnione, bo ludzie mają pewne opory wobec grupowych zajęć. 1,5 h z krótką przerwą, za całość od osoby zaledwie 50 zł. 60! 40 za godzinę to i tak wcale nie tak dużo. Jeśli zebrałoby się 5 osób, byłabym uratowana.

Ale tego pewnie nie zrobię. Boję się rodziców tych uczniów. I tych uczniów. 

sobota, 4 grudnia 2021

Dzieciuch za ścianą i copywriting

No nie mogę. Jest 18:25. Dzieciuch (bo chyba jednak jest tylko jeden) drze ryja co jakiś czas. Próbuję robić copywriting, ale nie mogę. Zrobiłam te wózki widłowe, a dokładniej karuzele, opisałam z jedną czy dwie sztuczne rośliny za 3 zeta, a teraz kaplica. Na spacerze byłam, z przyjacielem pogadałam, spaghetti ugotowałam i wiele zjadłam, a teraz kaplica. Nie mogę się skupić, jestem rozwalona. Mogłabym olać wszystko, iść do kąpieli z winem i filmem lub książką, a potem spróbować coś napisać artystycznego. Ale kiedy, jak nie teraz, rozwikłam wszystkie zawikłane problemy finansowe? Czym, jak nie myśleniem i pracą?

Zaraz zrobię ten kolejny dzień kursu Pokonaj Swoje Długi, napiszę teksty za przynajmniej 10 zeta i zrobię na razie dla siebie ogłoszenie o kursie dla dzieciuchów z 8 klasy. Ale by było, jakby jakiś dzieciuch wpadł na trop tego bloga. Tajne przez poufne.

A potem kąpiel i wino. I tfurczość lub filmy.

Wózki widłowe i dzieciaki za ścianą

Jak postanowiłam, tak wreszcie robię, bo zaraz stado rachunków. Copywriting. Mam pisać o wózkach widłowych, a dokładniej o przenośnikach kabinowych i krzesełkowych. Zajmie mi to pewnie godzinę, dostanę za to niecałe 17 zł, ale przynajmniej poszerzę wiedzę ogólną o świecie i w przyszłości łatwiej będzie mi pisać na takie tematy. Wczoraj pisałam o ozdobach do domu, takie tematy lubię, ale 3 zeta za tekścik to niewiele, ALE za to szybko się to pisze.

A za ścianą dwójka... dzieci, choć mam gorsze określenia. W tygodniu teraz jest remont dachu, a w weekend chyba siostrzeniczki sąsiada. Dziewczątka lubiące piszczeć. Nie rozumiem, czemu dziewczynki piszczą. Ale w sumie nie narzekam, bo dzięki temu mam większą motywację, żeby wcześniej się kłaść i zasypiać, a jak to się uda, mam naprawdę dużo sił do pracy następnego dnia.

Dzisiaj się nie wyspałam i tylko dlatego trochę narzekam. Ale powinnam się cieszyć, że jestem zdrowa. Bo chyba jestem. Trochę przeziębiona, ale zdrowa mimo tego, że wczoraj przebywałam ponad godzinę w dusznej sali pełnej lewicowców.

Co tam robiłam? Tam odbywał się slam o męskości. Było tak wielu chętnych, że załapałam się tylko na listę rezerwową i nie wystąpiłam. Szkoda, że właśnie teraz mam fazę na slamy, teraz, gdy jest TEN WIRUS. I podróże. Chciałabym znów gdzieś wyjechać, w sumie mogłabym nawet wziąć Blabla car i jechać. Tu przeszkodą nie jest TEN WIRUS, ale pieniądze.

Gdybym chociaż nie miała takich długów, to bym mogła mieć świnkę skarbonkę i odkładać na czyste konto świnki 5-złotówki albo nawet 20-złotówki! Po jakimś czasie stać by mnie było na przejazd blabla carem, zatrzymanie się w jakimś pensjonacie z cenami obniżonymi przez pozasezonowość i zakupy w miejscowym Lidlu albo Biedronce. To oczywiście byłoby morze, ewentualnie jezioro, ewentualnie góry, ewentualnie jakieś miasto typu Wrocław, Poznań lub Toruń.

No ale mam długi i nie mam oszczędności. Co miesiąc wydaję nieziemskie dla mnie kwoty na utrzymanie. Jestem już w kolejnym dniu kursu o pokonywaniu długów i widzę, że zmienia mi się myślenie. Nawet nie przeszła mi przez myśl kawa z Żabki, gdy okazało się, że w firmie (jestem tam raz w tygodniu) nie ma gorącej wody. Zrobiłam sobie kawę z zimnej wody. Firmową kawę z firmowej zimnej wody.

No, ale do rzeczy, do wózków. Oczywiście strasznie mi się nie chce, bo jestem słaba jak stąd do głębokiej Rosji. No ale może wymyślę sobie nagrodę. Jak skończę te głupie wózki, to pójdę do lasu na spacer. Bo jest jeszcze jasno o dziwo. Jest 12:36.


piątek, 3 grudnia 2021

A może powrót odchudzania?

Wpadłam na ten pomysł, ponieważ dziś na śniadanie zjadłam - hehe, nie ściemniam - jeden tost z avocado i serem. Tylko jeden. Wprawdzie na potem mam przygotowany (jak się powodzi na promocjach!) batat do upieczenia z olejem, czosnkiem i ziołami. No, ale ten jeden tost. Jeden tost. Jedzenie więcej na KAŻDY posiłek to kwestia nawyków. Wieczorem owszem, zajadam stres z całego dnia. Ale rano? W południe? Można jeść mniej.

A tymczasem czas przygotować zajęcia. Jestem dobrze przygotowana już, ale trzeba jeszcze z pół godziny posiedzieć nad bardzo szkieletowym planem. No i wymyślić coś interesującego dla indywidualnego ucznia. Mam już kilka niezrealizowanych pomysłów, ale trzeba wpisać je do prywatnej burzy mózgu i zobaczyć, czy nie uda się wymyślić czegoś ciekawszego! Mogę skorzystać też z tego, co robiłam z innym uczniem - tworzenie własnych komiksów w darmowym programie! Komiksy to też po części literatura, a ich tworzenie rozwija kreatywność i chęć do pisania w ogóle.

A w ogóle jest 11:15, a ja już siedzę i myślę! To niezwykłe, kolejny raz się udało! Melatonina bardzo pomaga, ale nie tylko ona, też po prostu się udało, tak się cieszę! A tymczasem podjęłam trudną decyzję i nie zgodziłam się na sobotnią opiekę nad parą chłopców, których lubię, zwłaszcza starszego. Nie mam na to siły. Oczywiście mam wyrzuty sumienia. Postanawiam zamiast tego przyłożyć się do copywritingu.

Okej, nie spodziewałam się, że wyrzuty sumienia będą tak męczące. No ale mam dobrą wiadomość dla siebie - będzie jeszcze prościej na kursie. Mama tego przeszkadzającego ucznia poprosiła, żeby zrobić na zajęciach egzamin, bo on będzie miał jakiś próbny. No to zrobię. Dla mnie to najprostsza możliwa opcja na zajęcia. A do tego Balladynka. No i ten przeszkadzający połączy się online, ciekawa jestem, jak to wyjdzie. Czy będzie bardziej, czy mniej bezczelny online. Może mniej, tego się będę trzymać!

No, to prywatna burza mózgu, przejrzenie prezentacji o Balladynce, przejrzenie Kahoota o Balladynce, wybranie egzaminu na dziś (kilka do wyboru najlepiej), a poza tym czas na inne rzeczy. Inne rzeczy: kurs o wychodzeniu z długów i copywriting.

czwartek, 2 grudnia 2021

Dach rozbierają

Wynajmuję mieszkanie w starej kamienicy z zardzewiałym dachem. Mam to w poważaniu, ważne, że w środku przytulnie, a ja mieszkam na parterze, ale może to jakieś niebezpieczne. Właściciele kamienicy nie mają tego w poważaniu i kazali panom rozebrać dach i położyć nowy.

Dlatego się nie wyspałam. Pan właśnie schodzi po drabinie i ma nogi na wysokości mojej głowy. Jest ciekawie. Dlatego dziś już muszę wcześniej zasnąć.

Ale - zapytacie - co z filozofią, co z odchudzaniem? Filozofia - poszłam dziś do lasu. Jest piękny dzień grudnia - słońce i dość ciepło. Wiatr wiał bardzo mocno i poruszał, i szumiał iglakami. Jakby na górze było morze. Poczułam, że żyję w niewoli. Ten moment wolności sprawił, że poczułam, że ogólnie żyję jakby w zamknięciu, bez rozmachu, skulona, przestraszona.

Filozofia? W zetknięciu z ogromem można odnaleźć, za jakimi możliwościami się tęskni, za jaką wspaniałością. A nie można zobaczyć tego codziennie, w autobusie, w niedospaniu, chyba że muzyka albo literatura czy inna sztuka coś pootwierają w głowie. A Bóg? Czy prędzej się Go spotka w tym ogromie, czy w tym zamknięciu? Czy w ogóle jest Bóg po II wojnie, Różewiczu?

Czytam teraz "Balladynę" i chyba we śnie myślałam wierszem. A poza tym dziś między ludźmi czułam się jak wypłosz, w aptece i sklepie. Jak kretynka. Jak daremna istota. Niedługo terapia i psychiatra.

A odchudzanie? Nic z odchudzaniem - niezdrowe jedzenie, brak ruchu, słabość, zmęczenie, ledwo-życie. Chyba zaraz okres.

A co dziś? Dziś wyjątkowo dużo wolnego, ale niedługo korepetycje. I co na nich? Nie wiem. To najmilsze korepetycje z założenia. Wystarczy wymyślić jakieś ciekawe rzeczy dostosowane do tego konkretnego ucznia. Znam go już dobrze. Wiem, co go interesuje, a co nudzi i jest zbyt dużym wyzwaniem. Ale żeby wymyślać, trzeba mieć siłę. 

Ale wymyślę. Wymyślę. Zrobię po raz kolejny prywatną burzę mózgu. No i chcę CHOCIAŻ JEDNĄ RZECZ copywriterską dziś napisać. I CHOCIAŻ SPRÓBOWAĆ ruszyć coś z tym całym Amazon KDP.

Mam gadać dzieciom o ekologii, a w głowie pustka

Już jutro ja, polonistka z wykształcenia i z zamiłowania, mam zrobić 15-minutową prelekcję o ekologii w szkole podstawowej. A do tego dziwni...