Tak, to jutro. A ja co? Ja nerwowo łażę po domu. Tak się złożyło, ze dziś mam 3 uczniów, w tym dwóch nowych, a do tego pierwszy dzień okresu po pierwszej nocy okresu, kiedy to z bólu obudziłam się i nie mogłam zasnąć, dopóki nie wzięłam drugiej tabletki!
Ale i tak jestem dość wyspana i dość zadowolona. Już po pierwszym bachorze, jeszcze para dzieciorów. A jutro muszę osiągnąć wyżyny logistycznej perfekcji, bo między psychologiem klinicznym kierującym na terapię a psychiatrą jest za mało czasu, żeby spokojnie dojechać. A wcześniej jeszcze dwie godziny z dziewczynką.
Czy doszła kasa od dziewczynki? Czy przeżyję ten miesiąc bez zaciągania kolejnych długów W BANKU? Mam/będę mieć ile kasy? 1400 + 200 + 400 + 80 = 2080 zł. A ile trzeba wybulić? 1300 + 650 + 510 + może 400. Czyli zabraknie mi 500-900 zł. A, jeszcze 100. To 600-1000 zł. Zrobiło mi się gorąco. Dobrze, że jutro terapia i psychiatra. Moje życie ostatnio to jeden, wielki kredyt.
Jak o tym myślę, to nie mam siły nawet na pracę nad tym, co jest pewne do zarobienia. Chyba jedyną opcją jest kolejna pożyczka, której mogą mi nawet nie udzielić. A może by tak zamknąć oczy i zniknąć na niby? Oczywiście mogę robić copywriting, ale nie z banią rozwaloną od strachu.
Było dobrze, dopóki nie zetknęłam się z prawdą. W sumie nie ma już szans na zarobienie 600 zł. Nie mam innej opcji, biorę kolejną pożyczkę. Ale dopiero dziś po wszystkich korkach. A może mam szansę? Czwartek mam w większości wolny, może zrobię sobie copywriterski czwartek? Stresuje mnie życie na minusie, a na sztucznym plusie robię się leniwa, co za nędzne błędne koło. Upiłabym się (prawie serio), gdyby nie okres, bo nie chcę mieszać tabletek przeciwbólowych z alkoholem.
Oszukuję sama siebie i innych. Nie umiem żyć.
Mogłabym zrobić sobie takie zadanie - nie brać kolejnej pożyczki. Sprzedać co się da, odebrać dług od osoby u mnie zadłużonej (jeśli się da), zrobić sobie copywriterski czwartek, odwlec moment spłaty czynszu... Nagle mnie olśnilo coś, co powinno być oczywiste. Nie będę teraz brać pożyczki. Wezmę dopiero wtedy, gdy nie uda się inaczej. To w panice chciałam ją brać DZIŚ ZARAZ.
Mogę też zrobić sobie copywriterską sobotę.
Jeszcze poczekam. Chciałabym wsparcia kogoś NIEOCENIAJĄCEGO i mądrego, kto by ze mną wszystko rozpisał. Ale ja mogę być taką osobą. Tylko potrzebuję po prostu wsparcia. Po prostu poczucia, że nie jestem sama. Skąd to brać? Nie, to za mało. Pytanie, czy ten psycholog jutro okaże się w porządku. Boję się bardzo.
Nie umiem sprzedawać rzeczy. Ludzie chcą takie tanie rzeczy, a mój stres związany z rozmowami z ludźmi jest bardziej męczący, niż jakaś praca. No nie mogę. Ale spokojnie. W ostateczności ta pożyczka. Nie mam siły pracować i jestem ciągle przerażona, więc chyba tylko leki, terapia i powolna droga do wolności.
A może zacznę wreszcie kurs dla ósmej klasy? W końcu jestem pod ścianą. Nie mam już miejsca w planie. Mogłaby być sobota, ale sobota miała być wolna. Ale nie musi być wolna, może być zajęta jeszcze przez parę miesięcy, w mojej sytuacji. Może sobota o 13, kurs u mnie. A jak okaże się, że za mało chętnych na stacjonarne zajęcia, to dopiero wtedy online. Bo online jest trudne. Czemu? Bo nie... a może właśnie online?
Ale wtedy jest ten uczeń, który mnie już zna i dużo gada. Nie chcę go łączyć z całą grupą. Jemu mogę robić osobny kurs w starej cenie. Stara cena! Typowa nieasertywna ja, która zarabia 25% mniej niż 95 % osób na jej miejscu! Tak, 13 w sobotę, zajęcia online. Tak zrobię. Tak, postanowione. Chcę 4-5 osób, cena będzie stosunkowo niska, ale tym razem będzie to uzasadnione, bo ludzie mają pewne opory wobec grupowych zajęć. 1,5 h z krótką przerwą, za całość od osoby zaledwie 50 zł. 60! 40 za godzinę to i tak wcale nie tak dużo. Jeśli zebrałoby się 5 osób, byłabym uratowana.
Ale tego pewnie nie zrobię. Boję się rodziców tych uczniów. I tych uczniów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz