Jest 14:12, 14.12, koszmar zadłużenia i szósty dzień leków (jutro zwiększenie dawki). Na szczęście staram się stosować do rad Michała Szafrańskiego i bardzo ograniczać wydatki. NA PRZYKŁAD WCZORAJ. Miałam dzień po brzegi wypełniony pracami, bo musiałam wstać po 8 (!!!!), a mogłam położyć się dopiero po 2. A mimo to kupiłam tylko 2 czekoladowe kawy z automatu i jedną wodę z Żabki. Rano udało mi się przygotować jedzenie na cały dzień. A WIECZOREM padałam już na pysk i miałam ochotę na jakieś ciepłe jedzenie, ale nie zamówiłam kebaba, tylko zrobiłam sobie danie na bazie fasolki z puszki i surówkę. Jestem z siebie dumna. No i w ten sposób stać mnie na czynsz i opłaciłam już ZUS. Ale nie stać mnie na inne opłaty, a one są już jutro i pojutrze. Ale jutro i pojutrze mam kolejne prace, więc jest jakaś nędzna szansa, że przetrwam bez kolejnej pożyczki.
A wykorzystywanie chorych? Mój odseparowany mężczyzna jest chory i niewyspany, a mimo to poprosiłam go o zdjęcia podręcznika, który wczoraj dla mnie wypożyczył. A potem okazały się niewyraźne, więc poprosiłam jeszcze, żeby wysłał je na maila, a nie na Messengera. Czuję się z tym okropnie. Mogłabym pojechać po ten podręcznik, ale wczoraj przemarzłam i mnie też coś łapie. Ale porozmawialiśmy właśnie i wszystko jest w porządku.
A filozofia? Wczoraj miałam okazję wziąć udział w "Kronosie" (zapłacili natychmiast, to niesamowite i wspaniałe!). Były nagrywane odcinki o gościnności i o świętości, a ja byłam jako studentka, choć już skończyłam studia. I zadawałam pytania z "widowni". Odcinek o świętości był niezwykły. Czterech gości i prowadzący. Goście: staruszek posiwiały i z brodą, wypełniony po brzegi tradycyjnym chrześcijaństwem, ale i wiedzą na temat sacrum, wielki mężczyzna w sile wieku wyglądający na Amerykanina, osadzony w życiu jak policjant, rozprawiający o sacrum tak, jakby dotyczyło po prostu bycia dzielnym obywatelem... i TYCH DWÓCH. Ci dwaj: okularnicy z nieco dłuższą fryzurą, siedzący po przeciwnych stronach. Jeden młodszy, z rumianym obliczem, uduchowiony filozoficznie. Drugi posiwiały, jakby wysuszony, jakby dźwigający ciężar - ateista, który długo szukał Boga w ludziach. Ich dyskusja była najlepsza, z prowadzącym pośrodku, który dbał jednak, aby program nie był o istnieniu Boga, ale o świętych i świętości. Patrzyłam na dwóch okularników jak zaczarowana, uwielbiałam ich, tę chwilę, tę dyskusję. Chciałabym zadawać im pytania (prawdziwe, nie nauczone), mieszkać z nimi, śledzić ich, prześladować (lubię swoje poczucie humoru, a Wy, Nieistniejący?) chodzić do nich na zajęcia, słuchać i gadać!!!
A prowadzący lubi Rosję i duchowość, ale jest jak diabeł, który podgrzewa atmosferę i kłuje ludzi, żeby z nich wydobyć krzyk prawdy. Nie lubię go ogólnie, ale podziwiam. Tak, ten odcinek był tak wspaniały, że w wannie wyłączyłam youtube, żeby pogadać jeszcze sama ze sobą o tym, co się tam działo. Rumiany filozof powiedział, że wielokrotnie doświadczył świętości, ale problem jest z pamięcią, w której zacierają się tego typu doświadczenia. Wysuszony od prawdy filozof, filozof idący przez pustynię mówił, że długo szukał w ludziach transcendencji, którą rozumiał jako zdolność do wielkiej metanoi, do podjęcia wysiłku przemiany, ale nie znajdował jej. Sugerował też, że choć kierkegaardowskie ryzyko wiary jest ryzykiem, to jednak na horyzoncie jest nagroda zbawienia, a trudniej jest być świętym bez Boga, jak w "Dżumie". BOŻE! Co się tam działo! Uwielbiam te rozważania, te nawiązania, czuję to, o czym oni mówili, bo właśnie to zawsze wychwytywałam ze wszystkich filozoficznych zajęć. Był zatem i Platon, i Sokrates. I Rudolf Otto, którego akurat nie znam, choć nawiązałam do niego w swoim wyuczonym pytaniu.
Miałam wrażenie, że prowadzący wyczuł moją fascynację okularnikami (pewnie sobie wmawiam) i powiedział na głos ich imiona i nazwiska (tylko ich) (na pewno sobie wmawiam, bo czemu miałby myśleć o mnie, a nie o tysiącach widzów?), ale zapomniałam, co to były za nazwiska. Nic straconego, w końcu odcinek pojawi się kiedyś w telewizji i internecie. Ciekawe, co z niego zostanie po okrojeniu o ponad połowę.
Rumiany filozof mówił o filozofii zstępującej na świat w postaci Jezusa, a prowadzący skomentował "osobliwe widzenie filozofii", a ja parsknęłam niepowstrzymanym śmiechem. A potem ten filozof się jąkał. Pochlebiam sobie, że miałam na to jakiś wpływ, choć i wyrzucam to sobie. A potem jakby do mnie mówił (bo patrzył na mnie), że celem filozofii jest właśnie znalezienie Boga.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz