Jeśli te tytuły się gdzieś wyświetlają, to nie zdziwię się, jeśli będę mieć kilku czytelników. Przepraszam, Czytelnicy, ten post pisze osoba w czymś pomiędzy nerwicą a depresją. Wstępnie ten post miał jej pomóc zorganizować resztę dnia. Ale potem zadała sobie pytanie: czy pomoże jej Bóg? Nie w organizacji reszty dnia, ale reszty życia.
No to zacznę od organizacji dnia. Jest niedziela, 17:09, planuję jeszcze iść na mszę online, może nawet o 18, bo potem może się całkowicie załamię. Być może też ruszę w łącznie 2-godzinną podróż w dwie strony, żeby odwiedzić oddanego kota, ALE RACZEJ NIE. Raczej będę się smażyć w wyrzutach sumienia i potencjalnym zapaleniu migdałków. Skoro planuję taką uroczą patelnię, to spróbuję sobie poprawić humor na niej. Będę słuchać jakichś audiobooków albo oglądać filmy, a do tego coś tam dziergać, malować, lepić czy coś takiego. Może też posprzątam wreszcie trochę. I zrobię coś dla jednej osoby.
Już wiem, pójdę na mszę na 21:30 online, bo tam często są księża-dominikanie, którzy jeszcze potrafią sprawić, że chcę być na kazaniu, a nie wyjść ze złością. Co mnie złości? Moralizowanie patetyczne i bez zakorzenienia w zwykłym życiu oraz straszenie sądem i piekłem bez zakorzenienia w empatii i szerszym spojrzeniu na Boga. W ogóle patos mnie drażni, może to kwestia mojego pokolenia i nowszych, a może przejadłam się własnym patosem z dawnych lat.
No ale czy Bóg ma prawo istnieć? Wczoraj zajmowałam się parą dzieciaków i jak usypiały, wzięłam z półki ich rodziców książkę "Jezus Chrystus. Biografia". Zdziwiłam się, że napisał ją człowiek, który zrobił "słynny" wywiad z Benedyktem XVI i który z ateisty stał się wierzącym. W-i-e-r-z-ą-c-y-m. Jeśli to rzeczywiście on napisał tę książkę, to widać w niej spore (olbrzymie) obycie historyczne i ciekawy krytycyzm wobec wierzących nieinteresujących się do końca prawdą.
Ja się ostatnio interesuję. Znam Biblię jako tako, kiedyś bywałam na mszy codziennie, czytałam ciągle Nowy Testament, Stary też, choć mniej. Teraz podejmuję żałosne próby poznania go w całości. Słucham o Biblii, kiedy na coś trafię mądrego. Słucham o historii chrześcijaństwa. Nie mam wystarczająco dużo motywacji, żeby szukać sprawdzonych źródeł, ale szukam trochę. Słucham też krytyków Kościoła.
Temat delikatny. Nowe informacje nie zawsze pomagają w wierze. Szukam też samej wiary w modlitwie albo w słuchaniu rzeczy religijnych i czytaniu takowych. Ale mój naiwny sceptycyzm nie pozwala mi wierzyć w autentyczność doświadczenia Boga i Jego opieki nawet przez moją ulubioną św. Tereskę, która ogólnie wydaje się bardzo autentyczna.
Chciałabym wygrać Boga, jak w Lotto, czyli bez wysiłku. Trzeba uczciwie przyznać, że nie wkładam go wiele. Ale w nic go nie wkładam wiele. Może leki czy terapia coś pomogą na ten stan permanentnej bezsiły. Jestem też totalnie pozamykana na cokolwiek i kogokolwiek, więc może też na Niego.
A jeśli nawet istnieje, to kim jest? Ja Go potrzebuję, bo jestem głęboko samotna i bezsensowna. Ale czy w ogóle istnieje? Czy naprawdę mogłabym odpowiedzieć na to pytanie?
Może niech napisze tu coś za mnie. Zostawiam Mu klawiaturę.
Nic nie napisał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz