Taki tytuł zobowiązuje, nie chcę w końcu zawieść mojego Jedynego, Nieznanego Czytelnika, który był tu raz. Zatem Norwid. Jego poezja jest trudna i słabo ją znam. Oczywiście parę prostszych utworów kojarzę dobrze, nawet trochę mogę powiedzieć z pamięci. Życiorys Norwida pamiętam piąte przez dziesiąte. Wiem, że umarł zapomniany, a potem odkopanie go z zapomnienia obrosło legendą. Zmartwychwstał dla czytelników, jakby spełniały się jego idee o zmartwychwstaniu po trudzie. Przetrwało piękno, wrażliwość i mądrość. Uwielbiam jego utwór o piórze ("Pióro") i podoba mi się dramatyzm i wizjonerstwo "Pieśni od ziemi naszej".
Tak, Norwid nie żyje. I w ogóle wiele osób nie żyje (ktoś to pewnie ogólnie wyliczył, musi ich być niewyobrażalnie wiele). Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że jest 2.11, czyli dzień wspominania zmarłych. Moi dziadkowie nie żyją, jednego nawet nie poznałam. Moja dalsza ciocia nie żyje. Drugi mąż babci nie żyje. Mój słabo znany wujek nie żyje. Mam to szczęście, że obie babcie mają się dość dobrze. Umarło sporo ludzi na wojnach albo jeszcze bardziej bezsensownie, przez jakiś kretyńskie przypadek, niedopatrzenie, jak ostatnio, gdy na planie filmowym okazało się, że pistolet był prawdziwy i miał amunicję.
I jakbym ja dzisiaj umarła, to bym nie była prędko zapomniana, mam rodzinę, jestem stosunkowo młoda (29 lat), moja śmierć byłaby zbyt dużym szokiem, żeby szybko o niej zapomnieć. Kilka osób cierpiałoby bardzo, wiem o tym, bo nawet ja, średnio-uczuciowa istota, drżę na myśl o śmierci bliskich ludzi. Ale jak nie dziś, to jutro, pojutrze albo za 50 lat.
No i dla mnie moja śmierć dziś, moje umieranie dziś w trakcie umierania byłoby prawdopodobnie przepełnione poczuciem klęski. Żyję marnie, liczę na przyszłą terapię i leki, ale żyję marnie w tym oczekiwaniu i w lęku, że nie ma leku na beznadzieję i brak działań. Zbyt wiele osób krzywdzę, zbyt mało osób dzięki mnie doświadcza dobra i staje się lepsze.
Klęski żywotów naszych. Żywota mojego. Aż niestosowne wydaje się tu nadmienienie o odchudzaniu, ale wpasowuje się w temat. Zważyłam się wreszcie; nie schudłam, a może nawet przyjęłam pół kilo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz