Bardzo lubię tę piosenkę, bo jest taka ostateczna, pełna napięcia i oddania wszystkiego jednej chwili, tej chwili na scenie, choćby sceną była pusta, nocna Warszawa (no wiem, to nie Polak śpiewa, no wiem, ale Polska słucha), a widownią - pojedyncze kropelki deszczu i czarne ptaki. Ale długie zdanie.
Dziś nucę tę piosenkę, bo za 3 godziny chcę zrobić wspaniałe show. Chcę czytać swoje wiersze tak, jak on śpiewa. Chcę się dobrze bawić, ale chcę też, żeby to była zabawa w show must go on, w ostateczność, w wyprucie flaków metafor.
Wczorajszy kurs był dość typowy, dzieciak robił swoje, to znaczy przerywał, podważał i kłócił się. A ja się wkurzyłam, byłam ostra i roztrzęsiona, choć merytoryczna, i choć nie krzyczałam. A potem drugi dzieciak dostał krwotoku z nosa. Nie wiem, o co chodzi, ale "wybuchłam" ostatnio kilka razy i raz dzieciak dostał gorączki, a teraz dzieciak dostał krwotoku. Kiedyś bym się zapętliła w jakieś dramatyczne, nadprzyrodzone obwinianie, a teraz mam to trochę gdzieś.
Show must go on. Wina mimo wszystko wślizga się między zwoje mózgowe, a YouTube puszcza mi Bohemian Rapsody. Tak, wyżyję się na scenie, wykrzyczę tę winę, napiję się piwa lub wina i wykrzyczę. Pokażę tłumowi kilkunastoosobowemu, co we mnie drzemie!
Wykrzyczę! Napisałabym coś jeszcze na ten występ, ale stres mimo wszystko mnie obezwładnia. Użyję starych tekstów i nowych emocji. Nie zamierzam wygrać, ale zamierzam wykrzyczeć swoje wnętrze!
Stres jest potężny, ale ja potrzebuję słuchaczy i mikrofonu. Będę ich nienawidzić w chwili, gdy zabiorą się za głosowanie. Głosowanie nad moim rozdzierającym krzykiem! Trudno, wszystko włożę w te pierwsze trzy minuty, żebym nie żałowała, jeśli odpadnę od razu. Będę krzyczeć. Wszyscy dostaną krwotoku albo gorączki (oby nie, bo to pewnie byłby Ten Wirus).
A tymczasem także posprzątam w domu, bo jutro mama ma mnie odwiedzić, a wszędzie leży uczulająca sierść kocia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz