Jestem przerażona tym, jak wiele straciłam dziś czasu, a mam ostatni zupełnie wolny dzień przed okresem pracowym. A mogłabym być w lesie: myśleć, zagadywać Boga i liczyć, że odpowie, leżeć nad rzeką, czytać tam i pisać. Mogłabym też choć sprzątać albo po prostu spacerować. Ale upał i lenistwo wystarczyły, żebym pięć godzin grała w "Don't starve".
Jutro mam zajmować się dzieckiem. Jest to zadanie trudne, bo rodzice mają wiele wymagań, w tym wymaganie codziennych spacerów. A na spacerze dziecko czasem biega i nie rozumie ciągu przyczynowo-skutkowego samochód-śmierć. Trzeba dziecku stawiać granice, a ja sobie ich nie umiem stawiać.
A co z odchudzaniem? Na razie jest przerwa w liczeniu kalorii, przerwa w tabelce. Ale staram się nie jeść wiele, co jest prostsze dzięki upałowi. Za to ruch jest utrudniony.
A metafizyka? Zgłosiłam się na Famę, może tam popotworzę trochę, może przedtem. Chciałabym się dostać i dużo pracować twórczo.
A tymczasem co czytam? Canettiego. Autobiografię jego. Ona jest doskonała dla tych, którzy nie mają motywacji do pracy umysłowej, bo pokazuje, jak wiele radości można z niej czerpać.
I co teraz? I znów dzień na straty. Chyba nie zdobędę się nawet na las, póki jest gorąco. Ale może posprzątam, pranie zrobię, mycie. Może potem las na 15 minut przed korepetycjami. Tak. Dokładnie to zrobię. Oblałam się wodą niechcący i mi chłodniej. Zatem zapiszę tu: ubrania, śmieci, naczynia, rzeczy.
No to start dnia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz