Od jakiegoś czasu czuję coś, czego dawno nie czułam tak intensywnie. Wystarczy, że na chwilę oderwę się od czegoś - korepetycji, copywritingu, podcastu, gry na X-boksie, słuchania youtube i jednoczesnego grania w "Age of empires" na komputerze, przeglądania głupich grupek na fejsie, krzyczenia na kota, głaskania kota, rozmawiania z ludźmi - natychmiast zalewa mnie fala cierpienia. Tak, cierpienia! Inaczej nie umiem tego nazwać. To jednolite połączenie niepokoju, smutku i beznadziei, czuję fizyczną falę, która mnie oblewa. Potem częściowo o niej zapominam, ale czuję, jak napiera na ściany mojego wnętrza. Czuję to fizycznie, przede wszystkim w żołądku. Dopada mnie też w trakcie różnych czynności, na przykład robienia zakupów. W lesie odprężam się częściowo i ten obezwładniający ból ma pozory piękna.
To stan okołodepresyjny. Robię rzeczy, ale głównie po to, żeby nie zostać samej z bólem. Nie wiem, ile tak wytrzymam. Czasami płaczę. Nie wiem, jak długo tak wytrzymam bez zupełnego poddania się rozpaczy. Kiedyś, gdy chodziłam jeszcze do szkoły, poddałam się. Mówiłam tak cicho, że nie było mnie słychać. Płakałam godzinami, codziennie. Tarzałam się w poczuciu, że jestem niepożądana w każdym możliwym miejscu, niezdolna do miłości i przyjaźni, pełna odrzucających wad i brzydka.
Ale nie byłam brzydka. Mam zdjęcia. Nie byłam szczytem piękna, ale nie byłam brzydka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz